Menu

czwartek, 19 lutego 2015

Recenzja książki pt. "Klątwa Tygrysa: Przeznaczenie"

     Boo!
    W końcu! Koniec tej mordęgi z tą serią! Niestety Colleen musiała napisać piątą część, ale ja wolę myśleć, że czwarta jest ostatnia.
   Okładka najmniej mi się podoba spośród wszystkich. To chyba przez tego feniksa.
    Na pierwszym planie mamy feniksa. Nie podoba mi się on(powtarzam się). Jest taki rozmazany i ledwo co przypomina tego feniksa. Bardziej mi wygląda na orła(bo to jest orzeł). Ciężko jest mi uzasadnić dlaczego mi się ten feniks nie podoba. Uznajmy, że mi się nie podoba ponieważ ma dziób. Może być?
    Tło jak zwykle. Jest zielone i pełno na nim jakiś szlaczków. Dwa w kształcie tygrysa, jakiś kwiatuszek i chyba płomienie. To jakaś impresja twórcza, a nie tło. W dodatku te cosie u góry okładki znowu są złote. Takie same były przy drugim tomie.
    O napisach mogę powiedzieć tyle samo co ostatnio. Czcionka się nie zmieniła, ale najgorsza nie jest. Teraz ten złoty dużo bardziej pasuje do okładki. "Przeznaczenie" wydaje mi się być dziwnie rozmazane. Może ze zmęczenia mam jakieś przywidzenia, czy coś.



    Kłąb dymu trafił Kells prosto w brzuch. Dziewczyna upadła. Dym przeniknął jej do gardła, odcinając dopływ tlenu. Kellsey szubko wyszeptała parę słów(w oryginale wrzasnęła szepcząc) do magicznej chusty. Ta utworzyła duży worek, w którym zamknęła dym. Następnie dziewczyna wstała i wypuściła mieszaninę wiatru i dymu wprost na królową rakszas. Profanacja w odpowiedzi na jej atak stłumiła blask włosów i tatuaży. Kells zrobiła to samo i czekała. Królowa drażniła się z nią, co chwilę pojawiając się koło niej i znikając. W pewnym momenciziewczyna usłyszała za sobą syk. Odwróciła się. Ostre pazury królowej demonów przeorały jej ramię. Kellsey poczuła okropny ból. Musiał być on spowodowany jadem Profanacji.
    Królowa stałą parę metrów od niej. Dziewczyna szybko strzeliła w nią strumieniem ognia, na próżno. Ogień nie czynił Profanacji żadnych szkód.

    Dalej mi się nie chciało pisać. Mam już serdecznie dość tej głupiej serii. Chwalę dzień kiedy skończyłam to czytać. Już przy drugiej części widzieliśmy, że seria jest kontynuowana trochę na siłę. Pierwsza część była fajna, ponieważ była oryginalna. Druga okazała się trochę bardziej przewidywalna, ale dało się ją przeczytać. Trzecia i czwarta część to była dla mnie prawdziwa mordęga(czytałam tylko dlatego, ponieważ wcześniej kupiłam te książki). Nie dość, że strasznie przewidywalne to również to mnie nie wciągnęło. Co mnie najbardziej wkurzyło w tym wszystkim? Że ta wredna małpa tak czy inaczej była z Renem! Co z tego, że półtorej tomu była z Kishanem, przecież cała seria od początku zmierzała do tego, że Kells będzie z Renem.
    W tej serii akurat jest tak, że pierwszy tom jest najlepszy. Każdy kolejny jest coraz niżej. Tak jak schody. W trzeciej części mieliśmy smoki, ocean oraz rekina i naszyjnik. W czwartej pojawiło nam się coś innego, ale strasznie irytującego. A mianowicie podróże w czasie. Jakby to była inna seria to ok, mi to nie przeszkadza, ale tutaj. Aż koli w oczy. Ale to nie wszystko. Czwarta część jest tak napchana bezsensownymi pomysłami, że aż mi się rzygać chce.
    Wspomniałam o podróży w czasie, ale łaskawie nie napisałam w jakie czasy. Otóż pani Colleen przeniosła akcję w ileś tam lat przed naszą erą podczas Wojny z Mahiszasurą. W dodatku nasza magiczna kraina  znajdowała się pod wulkanem. Krainą był las i okazał się być bardzo fajny. Inaczej było z zamieszkującymi je stworami(te zaraz zjadę). Na broniach od Durgi się zawiodłam. Były proste, mało oryginalne. No tylko zbroja i mieczyk. No ludzie, na pewno Colleen było stać na więcej. Prawie zapomniałam o naszym czwartym darze. Był nim ognisty sznurek. Szkoda, że z niego nie zrobili pętli, takiej aby powiesić Rena.

    W końcu w czwartej części pojawia się dużo postaci drugo-, a nawet trzecioplanowych. Pojawia się wspomniana wyżej Profanacja i jest ona królową rakszas, demonów zamieszkujących las pod wulkanem. Te demony były fajnie opisane. Jedyne co mi się nie zgadzało to to, że one tworzyły plemiona, a posiadały  k r ó l o w ą. W plemieniu raczej powinien być wódz, anie królowa. Sama Profanacja jest fajną postacią, tylko wydaje mi się mało wulgarna. Piorun, jeden z myśliwych również mi się spodobał. Kells jako demon źle sobie poradziła. W dodatku zmyśliła sobie beznadziejne imię. Wrogość. Jak to przeczytałam to miałam ochotę mocno się pacnąć w czoło i rzucić książką.
    Colleen stworzyła taką jaskinię (nie chcę spojlerować, ale muszę). W niej były śpiące zombie. Jak to Colleen opisała były one "zainteresowane" Fanindrą. Co prawda jakieś bardzo złe to nie było, ale coś mi w tym nie pasowało. Już wolę zombie z Alicji pani Geny niż te co były tutaj.
    Dalej (końca nie widać). Może coś o tym feniksie z okładki? Feniksy zostały opisane troszeczkę błędnie. Feniksy nie były jakimiś wielkimi mędrcami i filozofami. To były zwykłe płonące ptaszyska i tyle. Biła jeszcze mowa, że feniksy żyją jeden dzień, po czym spalają się, a z jajka wykluwa się kolejny i ten kolejny posiada mądrość poprzedniego. Coś a'la reinkarnacja.
    Kolejni byli Władcy Ognia (niestety, kojarzy mi się to tylko z Avatarem,bardziej przybliżać nie będę). Mieli oni dość prostą historie. Tworzyli coś na kształt półbogów, czy coś. Pan Kadam radził naszym tygryskom, aby spróbowały skłócić ze sobą braci, ale nie. Oni musieli się z nimi prać, bo inaczej to nie byłaby ta seria.
     Najbardziej moją uwagę zwróciły błędne opisy Qilinów oraz dziwne zachowanie chimery. Co do tych pierwszych. Colleen przedstawiła je jako koniki pokryte łuskami z płonącymi grzywami. Normalnie Qiliny przypominają bardziej jelonki. Mają poroże a'la jednorożec i ich grzywy są normalne. W dodatku nie są tęczowe, tylko mają odpowiednie kolory, by łatwo wtapiać się w otoczenie, jak zebry. Dlaczego moim zdaniem chimera zachowywała się dziwne? Nic złego, że szukała partnera, ale raczej potwór mitologiczny nie bawiłby się z jakimś tygrysem w berka.
     Pojawiła się jeszcze młoda Durga - Anamika. Był jeszcze jej brat Sunil, ale to co innego. Anamika była bardzo irytującą postacią. Nie wiem dlaczego tak uważam. Po prostu Colleen przedstawiła ją jako twardą wojowniczkę, która strasznie mocno kocha swojego brata bliźniaka i obwinia się, za uprowadzenie go.

     Tak jak już wspominałam, od początku serii Colleen dążyła do tego, że Ren i Kellsey będą razem. I tak było. Większość książki jest bardziej na zasadzie, że Kells ma problem, bo nie wie którego wybrać. Z czasem wybór się dokonał, ale nie przez nią. Obaj bracia musieli zdecydować, który zostanie, a który pójdzie. I co? Ren okazał się być strasznym egoistom. Stwierdził, że on nigdy nie zostawiłby Kells(podczas całej serii zrobił to dwa, trzy razy). No i co? I Kishan aż tak bardzo kochał Kellsey, że pozwolił jej odejść! Taki jeden Kishan jest wart pięćdziesięciu Renów. Nie. pięciuset!
    Dziękuję pani Colleen za to, że w końcu kogoś uśmierciła. Niestety tą osobą okazał się być pan Kadam. Co do pana Kadama miałam mieszane uczucia. Ren podczas całej książki umarł chyba z dwa, trzy razy. Było to trochę irytujące, ale cóż. W końcu ktoś umarł "na stałe".
    Bardzo mi się spodobało, że w końcu poznaliśmy szczegółową historię Lokesha. Colleen na siłę usiłowała zrobić z niego jakiegoś bardzo złego i nikczemnego człowieka. Lokesh nie był jakiś bardzo straszny. Nie podobało mi się to, że wcielił się on w rolę demona. W dodatku ta jego nekromancja była źle opisana.
    Duży minus dla Klątwy czyni zmienienie tego lubianego przez nas dobrego Pheta, w jakiegoś ducha Indii. Po co to komu było? Czy Colleen aż tak bardzo zależało na zepsuciu sobie opinii?

    To koniec czy nie koniec serii? Książka kończy się zadowalająco. Nie zostawia nam zbędnych pytań, chęci spalenia jej. Po prosu się kończy. Skąd się w ogóle u mnie wzięło to pytanie? Gdyż w inetrnetach krąży wieść o piątej części, która na polskim rynku ma się pojawić w tym roku. Nie wiem czy zdecyduję się po nią sięgnąć. Może się okazać jeszcze gorsza od poprzednich.

    Colleen wydała cztery książki, tak więc mam prawo stwierdzić, że nie uczy się ona na błędach. W książce aż się roi od błędów interpunkcyjnych. Mamy na przykład zdanie: "...szepcze: -Wiatr!". Jak można pisząc, że ktoś szepcze postawić na końcu wykrzyknik. Ja tego cały czas nie pojmuję. Książka okropnie się dłuży. Nie ma w niej ani krzty klimatu. Jest tylko Kells i te jej rozetki. Ogromnie się cieszę, że skończyłam to czytać i przebrnęłam przez tę recenzje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz