Menu

sobota, 27 czerwca 2015

Recenzja książki pt. "Zwiadowcy: Ruiny Gorlanu"

     Boo!
    Oto powrót do moich początków z książkami, czyli Zwiadowcy. Była to druga seria, którą przeczytałam w życiu. Od tego czasu pożyczyłam Zwiadowców tysiącu osób, przez co znacznie zyskali na wartości.
     Nie lubię tych polskich okładek - oczywiście tylko tych miękkich. Połowę serii mam w twardych, więc pół biedy. Jakoś przeżyję.
      Na pierwszym planie mamy aż trzy strzały - pojawia się tutaj pierwsza nieścisłość, gdyż strzały zwiadowcy ponoć są czarne. No przynajmniej Halt miał strzały o czarnych drzewcach i lotkach, a lotki Willa były szare. Tak więc, strzały są be i na tym poprzestańmy.
     Na drugim planie widzimy zagadkową sylwetkę zakapturzonego łucznika - nie mamy żadnych informacji, aby sądzić, że jest to Zwiadowca. Jeszcze mamy porośnięte trawą pagórki.
     Tło jest ładne. To wschodzące słońce i te żółcie i pomarańcze ładnie komponują się z trawskiem. Jeszcze ten jakiś zameczek stoi - nie wygląda on na Redmont. No po prostu zameczek sobie stoi i tyle, brakuje na nim tylko blasku tego słońca - jak widać autorom okładki bardziej nie chciało się bawić w photoshopie.
     Napisy są bardzo dobre, ale bardziej dobre. Kolorystycznie pasują do okładki. Czcionka ładna. Dobrze umiejscowione. Jedyne co to autor mógłby nie być rozmazany oraz napis u góry mógłby być ciut większy(aż zbyt bardzo przywodzi na myśl Władcę Pierścieni - o tym potem).

     Dzik wyzywająco uderzył kłami o ziemię i ruszył do ataku. Horace skoczył między Willa a bestię, nadstawiając ku niej swój oszczep. Nagle chłopak poślizgnął się na śniegu i upadł. Uczeń zwiadowcy widząc, że dzik szarżuje na jego bezbronnego kolegę nie miał chwili do stracenia. Zsiadł z grzbietu Wyrwija i nałożył strzałę na cięciwę. Strzelił i odbiegł na bok. Wystrzelił ponownie. Groty strzał wbite w grubą skórę zwierzęcia sprawiały mu nieprzyjemny ból. Dzik zmienił tor biegu, tak że teraz kierował się wprost na Willa.
     Chłopak schował się za drzewem. Zwierzę z całym impetem uderzyło o biedną roślinę. Dzik zaatakował młodego zwiadowcę ponownie. Willowi znowu udało się uniknąć śmiercionośnych kłów bestii. Jednak teraz znalazł się na otwartej przestrzeni i nie miał już za czym się schować.
     Dzik ruszył ponownie. Instynktownie chłopak przyklęknął na jedno kolano, dobył saksy i wyprostowanymi rękoma, trzymał ją wyciągniętą przed sobą. Wściekłe zwierzę dzieliły od Willa tylko parę metrów, kiedy bestia upadła bezwładnie, z przebitym sercem czarną strzałą.

     Od razu napiszę, że ja znam ciąg dalszy fabuły, więc trochę mi ciężko coś tu skleić posiadając tylko jedną część. Postaram się jakoś ograniczyć ze wszelkimi spojlerami, nie spojlerami i pierdolcami.
    Jak na mój gust fabuła jest zbyt przewidywalna i zbyt prosta. Willa poznajemy jako biedną, mazgajowatą sierotkę. Czemu od razu kiedy Halt pojawił się tam w wieży i oznajmiono nam, że poszukuje ucznia, to pojawiało się takie światełko w głowie - no i jak na złość Will ku "ogromnemu" zaskoczeniu został Zwiadowcą(czeladnikiem). Sama idea Korpusu Zwiadowców(ahhh, nazwa korpus jest epicka - trzeba zapamiętać) jest bardzo fajna, lecz ciut przesadzona. Ale nie o Korpusie chcę poględzić w tej recenzji. Na Korpus przyjdzie pora(hah, za mało części - Krucjatko czytaj/pisz szybciej).
     Ruiny Gorlanu jako wstęp do całej serii, doskonale spełniły swoją rolę. Zaciekawiły, podeszły temat od odpowiedniej strony. Cała książka to tak na prawdę pierwszy rok szkolenia Willa na Zwiadowcę, ale nie są to tylko opisy lekcji i ćwiczeń - bo to byłoby bardzo nudne. Jest ciutkę opisów ćwiczeń, mamy ćwiczenia praktyczne(na przykład polowanie na powyższego odyńca), no i oczywiście cenne rady Halta.

     Postacie nie są ani najlepszą, ani najsłabszą częścią Ruin Gorlanu. Mamy ponurego Halta, roztrzepanego i zdolnego Willa, zabawnego Gilana,(kończą mi się przymiotniki) oraz mężnego Horacego(nie obrazicie się jeśli będę spolszczać imię Horace'a? Jakoś tak dziwnie się przyzwyczaiłam). W sumie każdą postać da się opisać paroma przymiotnikami, nic więcej. Jedynie przy wychowankach sierocińca barona Aralda, pan Flanagan nie poskąpił nam informacji.
    Szczególnie zwróciłam uwagę na to w jaki sposób pan Flanagan opisał odczucia innych postaci(Willa) w stosunku Morgaratha. W pewnym momencie było napisane - uwaga kolorowy cytat:
"-Morgarath znowu coś knuje - rzekł Merron półgłosem, a na dźwięk złowrogiego imienia Will poczuł na plecach zimny dreszcz."
Jak przeczytałam napis na okładce, który złośliwie przytłoczę "BARWNA, EPICKA OPOPWIEŚĆ O ODWADZE I PRZYJAŹNI, KTÓRA PRZYWODZI NA MYŚL WŁADCĘ PIERŚCIENI" to owszem, przypomniało mi to Władcę. W taki sam sposób mówili o Sauronie. Tylko żeby obawiać się Saurona to mieli powody - Zaś Zwiadowcy Morgaratha, no niezbyt.
     Wniosek, postacie na razie są ogólnie zarysowane, a postać Morgaratha jest strasznie wyolbrzymiona.

    Teraz to co kocham, czyli potworki. Wargale oraz kalkary to jedyne bestie pojawiające się w książce i nie są one zbyt ciekawe. Pod pewnymi względami przypominają urgale oraz Ra'zaców z Eragona. Od prologu zachodzę w głowę, w jaki sposób Morgarath porozumiewał się z wargalami. Za pomocą jakiejś telepatii? Szkoda, że pan Flanagan nam nie wyjaśnił.
    Wciąż pamiętam jak Emiliusz czytał tą pierwszą część Zwiadowców na matematyce. I cały czas nam nie przeszło. Otóż gdy tak sobie Emiliuszek czytał, to parę razy sobie źle przeczytała(ja zwykle tak mam z imionami i nazwami), w skutek czego okazało się że baron Arald zamiast wstać z fotela, z niego wyskoczył oraz rzekł iż Zwiadowcy nie, nie lubią jak ktoś wtrąca się w ich sprawy, tylko "Zwiadowcy cię nie lubią". Cały czas się z tego śmiejemy, a ci z poza kręgu wtajemniczonych nie rozumieją o co chodzi i się nie śmieją. Choć, nawet ci w kręgu się nie śmieją.

     Zwiadowcy to przyjemna książeczka, dobra na prezent dla kuzyna czy tam siostrzeńca. Jest napisana prostym językiem - trochę za prostym. Pana Flanagana było stać na słownictwo z wyższego szczebla, wiec dlaczego go nie było? Jedynym wytłumaczeniem jest lenistwo. Tak samo często pojawiają się nieznośne powtórzenia imion. Takim dużym niedociągnięciem jest nie podanie przy opisie zwiadowczych koników, kolorów ich maści. A potem się dziwię, że kiedyś wyobrażałam sobie Wyrwija jako takiego orzechowego kucyka(chyba Abelard był orzechowy - trzeba zwrócić uwagę). Jeszcze śmieszna była wymiana zdań pomiędzy sir Rodney'em a Karelem w sprawie Horacego. Było to coś w stylu "Widziałeś to? -Tak i nadal nie mogę uwierzyć. -Jesteś pewien, że to jest to? Jak najbardziej" - w skrócie, był to dziwny dialog, z którego można było wywnioskować dwie rzeczy:
1. Horacy jest chory, trzeba mu jak najszybciej pomóc.
2. Horacy jest dobry, trzeba go jak najszybciej wyszkolić.
Pan Flanagan wybrał opcję drugą i opisał ją jakby była to jednak opcja pierwsza.
     Prolog jest takimi trzema, czterema stronami, które zdradziły nam zbyt dużo. Ja z chęcią wyrzuciłabym prolog i epilog, gdyż są równie beznadziejne i zbędne. Książka na nich traci. Troszeczkę, ponieważ resztę nadbija sama idea Zwiadowców.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz