Menu

piątek, 31 lipca 2015

Recenzja książki pt. "Zwiadowcy: Czarnoksiężnik z Północy"

     Boo!
   Szczerze - to nie pamiętam, abym w ogóle kiedyś czytała Czarnoksiężnika. Bitwę, Ziemię, Most, Ruiny - je doskonale pamiętam, jak siedziałam z konkretną częścią w ręku i ją czytałam.
Ha, nie ma to jak mistrzowska jakość i niezidentyfikowany biały pasek ;P
   Już bardziej kolorowego dziadostwa nie było? Niby to taka mroczna okładka, a mi bardziej to przypomina taką grę-kolorowankę dla dzieci.
   Najbardziej kolorowy jest Willuś. Jak zwykle nasz główny bohater występuje na pierwszym planie i oczywiście ma na sobie ten przeklęty brązowy płaszcz. W tej akurat części Will nie ma płaszcza, ma opończę w biało-czarne(w sumie to nie był czarny tylko taki szarawy) ciapki. Radzę sobie to zapamiętać - jak byłam na konkursie o Zwiadowcach to miałam takie pytanie. Moją uwagę na naszego kochanego głównego bohatera przykuło raczej to, że on świeci. Na jego twarzy widzimy barwy fioletu i neonowego błękitu(no i troszkę różu - Cassie mu chyba pożyczyła swój księżniczkowy puder). W dodatku ma on taką minę jakby chciał zadźgać tego Nocnego Wojownika(udzieliła mu się nienawiść Cassie do swojego płaszcza).
     Na drugim planie widzimy tajemniczego Nocnego Wojownika. Jest on czarny. Ma fajne naramienniki i rękawiczki. Zbyt dużo nie mogę na jego temat powiedzieć. Teraz jak teraz wyrażam swoją opinię na temat tej kolorowanki to wyobraziłam sobie taką scenkę.

"Willuś skrada się w lesie. Kurczowo ściska rękojeść saksy. Nagle przed nim pojawia się niewyraźna sylwetka. Na ten widok chłopak dostaje odmrożenia na twarzy.
-Willusiu! Mam dla ciebie questa! - rzecze tubalnym głosem postać.
-Alye jya nue muoge. Muam odłmloszonuom tufasz - bełkocze Will, nie poruszając ustami.
-Nie zważając na twój stan fizyczny i psychiczny musisz wziąć ode mnie questa! - huczy zjawa.
Willuś posyła postaci wściekłe spojrzenie a la Cassie. Ma ochotę zadźgać zjawę swoim nożem, ale duma mu na to nie pozwala.
Postać swym mieczem wskazuje chłopakowi kierunek i wtajemnicza go w szczegóły zadania.
-Idź młodzieńcze tą oto leśną drogą! Masz moje błogosławieństwo, ruszaj! - rozkazuje zjawa, po czym rozpływa się w powietrzu."

    Tło. Oczywiście po środku jest takie białe coś. Nie ma śniegu, a powinien być. Las jak las - nic szczególnego.
    Jak zwykle co musi być zepsute - napisy. Czy już nikt na tym świecie nie może zrobić okładki bez zbędnych dupereli typu to "SPRYT I ODWAGA...". Dobra, takie pierdoły przeboleje, tak samo jak powrót kolorowych sru. Najgorsze jest jednak to, że cały-pełny tytuł został wydalony przez jakiegoś gryzonia. Na górze to jest jakieś żółte z rdzawopomarańczowymi cieniami, a na dole takie lekko zgniłozielone. Czyli już nie można zrobić napisów pasujących do siebie oraz reszty okładki?

    Załodze "Wilczej Chmury" drogę zastąpiła postać siedząca na małym kudłatym koniku.
-Szczęsnego dnia - rzekł mężczyzna. - W czym mogę pomóc?
   Skandianie przez chwilę odgrażali młodemu zwiadowcy, lecz kiedy ten posłał w ich stronę parę swoich czarnych strzał, zechcieli wysłuchać co ma do powiedzenia.
-Czego chcesz? - zapytał Gundar, kapitan okrętu.
-Tylko zamienić kilka słów, jak to między przyjaciółmi. Nie wiedziałem, że Traktat z Hallasholm został unieważniony - ciągnął dalej jeździec.
-Traktat nie zabrania indywidualnych wypraw -odparł szypr.
-Być może, ale powiadają, że Erak jest wyraźnie przeciwny takim wyprawom, zwłaszcza gdy chodzi o jego przyjaciół oraz ich dobytek -odparował zwiadowca.
    Gundar prychnął.
-Przyjaciół?
    Jeździec westchnął.
-Trochę późno, by się wyprawiać akurat tutaj. Przeprawa przez Morze Białych Sztormów o tej porze roku sprawia sporo kłopotów. Niedługo zaczną się jesienne wichury. Przezimujecie na Skorghijl, jak przypuszczam? -stwierdził.
-A co ty wiesz o Skorghijl? -burknął szypr.
-Wiem, że jest tam mokro i zimno oraz nie ma co jeść. Ale i tak lepsze to niż przeprawa przez Morze Białych Sztormów przy złej pogodzie -rzekł zwiadowca. -W każdym razie tak było, kiedy ja tam podróżowałem na "Wilczym Wichrze".
    Skandianie zaczęli między sobą szeptać. Jak widać jeźdźcowi udało się zrobić na nich wrażenie. Mężczyzna uśmiechnął się, zadowolony z siebie.
-Może uda nam się dogadać -mruknął zwiadowca.

    Pam pi dam. Oto mocno skrócona konwersacja ze Skandianami. Trochę kwestie obcięłam, ciut zmieniłam. Wyszło jak wyszło.
    Fabuła. Tym razem jest dużo bardziej ciekawa, ponieważ nie jest tak jak we wcześniejszej części. W Bitwie mieliśmy wszystko wyłożone bezpośrednio na tacy. Teraz jest dużo bardziej tajemniczo. Lepiej. Czarnoksiężnik jest napisany w taki sposób, aby nas zmylić. To bardzo ładnie ze strony pana Flanagana.
    Trochę mi jednak szkoda tego Nocnego Wojownika, ponieważ w tej oto części mamy namacalny dowód, że Morgarath był telepatą. Oczywiście, psonikę Flanagan do zwiadowców dopuści. Nawet cytat wlepie.

"Morgarath, dawny baron, który wzniecił bunt przeciwko królowi, 
dowodził armią zwierzęcych wojowników, całkowicie podporządkowanych jego woli, 
bezwiednie wykonujących przekazywane telepatycznie rozkazy."

    Brzmi to trochę jak jakaś definicja słownikowa.
    Jest jeszcze jedna rzecz, która mi się nie podoba. To wpychanie na siłę perspektywy Halta i Crowley'a. Są z niej bodajże dwa rozdziały + zbędny epilog. Mamy Willusia, który kica po lesie - koniec rozdziału - jeb - Halt i Crowley. Nie jest to zbyt profesjonalne. W dodatku zaczynają już nam się pojawiać to-co-w-Zwiadowcach-najbardziej-irytuje czyli kończenie rozdziału w środku rozmowy. Wiem, że często tak się zdarza i dużo autorów tak robi, ale żeby jedna konwersacja toczyła się przez trzy rozdziały? No bez przesady.

    Co mogę powiedzieć na temat postaci? Statyści oczywiście mają jednakowe charakterki, więc ich pozostawię samych sobie. Za to wszystkie nowe postacie drugoplanowe są bardzo dobrze zrobione i dopracowane. Orman, Malcolm, Xander, Keren. Każdy z nich ma indywidualny charakter, które da się opisać w więcej niż dwóch przymiotnikach. Dość dużo czasu spędziliśmy również z Alyss. Jej osoba również została przedstawiona w dużo szerszej perspektywie niż wcześniej. Teraz już wiemy, że członkowie Służby Dyplomatycznej to tacy drudzy zwiadowcy - tylko, że mądrzejsi.
    Willuś ma pieska. Nie jest to spojler ponieważ, ona kryje się z tyłu okładki. Bezimienna, gdyż Will nie raczył uhonorować jej imieniem, jest tresowanym owczarkiem. Niektóre komendy, których "nauczył" ją nasz kochany zwiadowca są zbyt skomplikowane by pies, młody pies nauczył ich się w dwa tygodnie. Parę z nich są wręcz nie do nauczenia. Uwierzcie mi(albo i nie), ale na tresurze psów coś się znam. No, ale cóż. To jest książka. Skoro w niej Bezimienna jest tak super wyszkolona, to czemu nie może mieć dwukolorowych oczu? Przecież to tak fajnie wygląda - błąd. Tak musiał rozumować właśnie Flanagan, gdyż dwukolorowe oczy są oznaką choroby mózgu. Może chore psy szybciej się uczą?

    Zwiadowcy pną się w górę - pojawiły się trzy nowe elementy: jeden be, drugi i trzeci fajny. Najpierw ten drugi. Otóż wiemy w czym Willuś otrzymuje zapłatę. Płacą mu w rojalach. Są one wybijane w monetach o wartości trzech, jednego oraz(chyba) pół rojala. Tak więc, oto kolejny duży krok w naszej zwiadowczej podróży.
    Kolejna fajna rzecz - pioseneczka. A dokładniej pieśń o "Halcie Siwobrodym". Jak mogłabym ze spokojnym sumieniem zamieścić recenzje bez tekstu tej epickiej ballady? Cytuje.

"Halt Siwobrody znany jest,
Ten co waleczne ma serce,
Z tego, że nożem strzyże się,
A czesze się widelcem.
Bywaj zdrów, Halcie Siwobody,
Bywaj mi, bywaj zdrów,
Bywaj zdrów Halcie Siwobrody,
Jutro spotkamy się znów.

Halt Siwobrody wśród kóz ma swój dom, tak ludzie powiadają.
Od lat nie zmieniał on, lecz kozy nie narzekają.
Bywaj zdrów, Halcie Siwobody,
Bywaj mi, bywaj zdrów,
Bywaj zdrów Halcie Siwobrody,
Jutro spotkamy się znów."

     Teraz to co be. Otóż pojawiła się nowa broń dla zwiadowcy. Nie chodzi mi o metalowy łuk, ponieważ jest to niezbyt ciekawe urozmaicenie. Chodzi mi o hantle. Jest napisane, że każdy zwiadocwca takie ma. Dlaczego więc w Ruinach nie było o nich mowy? Teraz nagle się pojawiły. I to w dodatku występują tylko w długim opisie, w którym Willuś wspomina jak wyglądają i jak wysoko było słońce, kiedy je dostał. Przez całą książkę nasz młody zwiadowca nawet nie wyjął ich z juków. To po co Flanagan postanowił wprowadzić to badziewie?

    Pod względem fabuły - zostałam w miarę zadowolona. Bardzo cieszy mnie to, że Czarnoksiężnik został napisany trudniejszym językiem. Wszystkie konwersacje są dużo bardziej realistyczne. Humoru praktycznie nie ma. Postacie są ciekawe. W moich oczach piąta część tego obszernego cyklu, wiele zyskała, lecz później to wszystko się zawaliło. Flanagan wrócił do powtarzania imion bohaterów - a zwłaszcza Willusia. Wszystko pięknie i cacy, a tu tylko "Will, Will, Will". Prawie szlag mnie trafił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz